tymczasem





dziś mija pięć lat mojego pożycia z Anglią. z tej jakże sentymentalnej okazji, pięć (z ośmiu) miejsc, w których mieszkałam.
pierwsze: czarne drzwi po lewej, piwnica M&M. miesiąc z tygodniową przerwą na tydzień u wariatki z Ghany (zgadza się, M?). adresu wariatki szczęśliwie nie pamiętam.
drugie: czarne drzwi po prawej. hostel (równie drugi, ale przy tej samej ulicy, co pierwszy). 11 miesięcy.
trzecie: czarne drzwi po prawej (wtedy były niebieskie). mieszkanie z bezrobotnym alkoholikiem i jego kotem. rok.
czwarte: pierwsza tablica, w dole piwnica. najbardziej gejowskie miejsce w dzielnicy żydowskiej. Jei. a później on. 15 miesięcy. dwa tygodnie w miejscu, którego nie dopadł jeszcze zasięg google streetview.
piąte: pierwsze drzwi po prawej. mieszkanie nad garażem Boba Budowniczego i Pani z Dołu. z nim. jak dotychczas, 19 miesięcy.
pięć lat tutaj, oprócz spraw błahych, wystarcza na brytyjski paszport. modny to gadżet wśród tych z A2 i A8. są tacy, co do tej chwili odliczają. a ja? pomyślę o tym jutro.
almost correct…
Ja na moje nieszczęście dokładnie pamiętam adres i nazwisko niemieckiej wariatki z Neckarsulm. Ale o niej trudno będzie zapomnieć. Własciwie to awykonalne.
A Anglia – jakoś tak mnie nigdy nie pociągała. Zawsze mi się kojarzyła właśnie z takimi mieszkaniami z pierwszego zdjęcia.
hej scarlett:) to prawie rok dluzej niz ja jestes:) ja 3 miejsca jako singiel.3 z nim.teraz jestem na 7ym.dwa byly okropne.2 ukochane.a propos ankiety statystycznej:)) sciskam
Marcinek, almost? dłużej?
Wussup, o wariatce pisałeś na blogu? bo ja chętnie o niej poczytam:) wiesz, mnie Anglia też nie pociągała, bo i dlaczego miałaby, nic tu nadzwyczajnego.
Kasia, widzę, że Ty będziesz statystycznie “wyżej” (oczywiście jeśli do tego czasu nadal będziesz w Anglii:). Pięć, cztery… długo za długo.
dwa lata bez dwóch tygodni; kodów pocztowych naliczyłam…. sześć ;) ekhm…. gdzie ta przystań? ;)
nie chce przystani bo zacznie mnie nosic, jak jestem zmeczona wtedy pragne przystani-wszystko ile sie da chce sie przezyc, a czasem ciezko doswiadczyc tkwiac w jednym miejscu, pozdro xymena:)
@ mice – tak, tak, ale to w ramach wspomnien, powrotu do przeszlosci, takiego prologu do bloga, ktory sobie wymyslilem ktoregos dnia. Wzmianke w drugim akapicie, tj. po zdjeciami nt. pani Dollman wlasnie, znajdziesz u mnie w menu po lewej; link u gory: 12 märz 2oo6, neckarsulm.
Pozdrawiam z Wroclawia o typowo angielskiej pogodzie :]
Wussup, dzięki za link. Coś Ty tej Dollmann zrobił, hę?:) Wariatka z Ghany miała zwyczaj zamykania się w środku dnia w pokoju dziennym i śpiewania gospel (tak zwane chałupnictwo:).
@ mice – byłem, po prostu tam byłem. Kiedy przyjechaliśmy z Pumcią do NSU, wiedzieliśmy, gdzie będziemy mieszkać, ale nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie, w czym, w jakich warunkach. Okazało się, że pokój – jak widać na zdjęciach – to klitka, i co więcej, jest tuż obok gabinetu (babka prowadziła praktykę medyczną), a dojście do naszego pokoju prowadziło przez minipoczekalnię. Babka strasznie się wkurwiała, że przeszkadzamy jej w pracy, a pacjenci się skarżą. Później darła japę “jestem Dollman, ja jestem PANI DOLLMAN!!!”, jakby była znana w całym NSU i okolicznych miejscowościach. Umowę najmu Pumcia podpisała na cały okres trwania praktyk, ale po niespełna miesiący poszliśmy stamtąd w cholerę, niedając jej ani grosza zadość uczenienia. Straszyła policją, ale była mocna tylko w gębie.