a week (and a day) of dinners
Piątek: Karol jest na cotygodniowej lekcji śpiewu. Ja gotuję typowe wrzuć-co-się-da danie i zamierzam oglądać film. Zupa pomidorowa z grzybami shiitake i ryżowym makaronem vermicelli. Karolowi smakowała. Mnie nie.
Friday: Karol’s out on his weekly singing lesson. I cook my typical throw-it-all-in dish and plan to watch a movie. Tomato soup with shiitake mushrooms and rice vermicelli noodles. Karol liked it. I didn’t.
Sobota: Karola kolej. Grillowane halloumi i grzyby portobello, awokado, kuskus z suszonymi pomidorami i ciecierzycą, szpinak smażony na maśle z czosnkiem. Niedziela: moja kolej. Pikantne placki rybne z łososiem, sałatka z ogórka i marchewki, ryż i znowu szpinak z czosnkiem.
Saturday: Karol’s turn. Grilled halloumi and portobello mushrooms, avocado, couscous with chickpeas and sun dried tomatoes, spinach cooked with butter and garlic. Sunday: my turn. Spicy salmon fish cakes, carrot and cucumber salad, rice and spinach with garlic again.
Poniedziałek: Karola kolej. Dyniowa zupa z chili.
Monday: Karol’s turn. Butternut squash soup with chilli.
Wtorek: moja kolej. Placki z fasoli cannellini na liściach szpinaku i innych rzeczach wymagających zużycia (w tym dniu były to pomidory, ciecierzyca i brzoskwinia).
Tuesday: my turn. Cannellini bean patties on a bed of spinach leves with whatever there was to be used (on that day: tomatoes, chickpeas and peaches).
Środa: Karola kolej, ale gotuję ja. Moje pierwsze danie z “Jerusalem” Ottolenghi: słodkie ziemniaki z cebulą, chili, figami, kozim serem i polewą z octu balsamicznego z cukrem. Wiedziałam, że będę na to danie narzekać. Ciągle nie lubię jak danie główne jest słodsze niż deser.
Wednesday: Karol’s turn but I do the cooking. My first recipe from Ottolenghi’s Jerusalem: sweet potatoes with spring onions, chilli, figs, goat’s cheese and balsamic vinegar and sugar dressing. I knew that all this sweetness would provoke my complaining afterwards. I still don’t like dessert-like main courses.
Czwartek: już nie wiadomo, czyja kolej. Gotuję ja. Znowu coś z “Jerusalem”: mejadra czyli soczewica z aromatycznym ryżem i smażoną cebulą (bez sugerowanego cukru). Deser po marokańsku: cynamonowe brzoskwinie w soku z pomarańczy i wodzie różanej (też bez sugerowanego cukru).
Thursday: nobody knows whose turn. I do the cooking. Something from Jerusalem again: mejadra. Lentils with aromatic rice and fried onions (without the suggested sugar). Moroccan dessert: cinnamon peaches in orange juice and rose water (and again, without the suggested sugar).
Piątek: Karol na lekcji, gotuję ja. I ponownie Ottolenghi: dynia i czerwona cebula z piekarnika. Na górze orzeszki piniowe, sos z tahini, pietruszka i zatar.
Friday: Karol’s out singing, I cook. And Ottolenghi once again: roasted butternut squash with red onions. Topped with pine nuts, tahini sauce, parsley and zatar.
A to wynik mojego piątkowego opętania: tabbouleh (w wersji Ottolenghi oczywiście). Tak, kiedy przeciętny człowiek w piątek umawia się ze znajomymi na piwo, ja włączam radio i ambicjonalnie podchodzę do skrojenia 160g pietruszki. Na jeden milimetr. Śmiejąc się z siebie głośniej i głośniej.
And this is my Friday madness: tabbouleh (Ottolenghi’s version of course). Yes, when people meet their friends for a pint or two, I turn on the radio and ambitiously approach slicing 160g of parsley. Into 1mm pieces. Laughing at my silly self louder and louder.









Wszystkie bardzo mi się podobają. Jesteś zadowolona z Ottolenghiego? Fajnie wychodzą te jego przepisy? I jak się udał Chagall?
Very tasty looking meals! Must look into the Ottolenghi recipes ;-)
Połowy składników nie znam, ale ze względu na kolory dań, chętnie bym popróbowała a juz na pewno się napatrzyła :D
ale czad! wszystkie piękne! I wierzę, że smaczne.
Nigdy wynalazkami nie potrafiłem się najeść :( Smakowałem, kosztowałem, się delektowałem, ale ciągle było mi mało. Pewnie dlatego, że to zdrowsze ciut i organizm nie został wystarczająco “zawirusowany” :p
Niniejszym – pozdrawiam.
Komentarz ocierający się o spam informacyjny – sam też poszedłem w długą (z blog.pl), choć sam blog dopiero za czas jakiś wróci. Póki co są tylko focidła do oglądania.
Marta, fajnie. Jestm bardzo zadowolona. Jak tylko ugotuję trochę więcej, napiszę mini-recenzję;) Przepisy pokażę w wersji wykonanej, jak już się spotkamy na kolacji. A Chagall się nie udał (jeszcze). O tym jeszcze będzie.
Stefania, most of them were tasty:) Yes, it’s definitely worth it!
Pati, podoba mi się Twoja motywacja kolorami:)
Maszka, kiedy ja wreszcie do Ciebie napiszę mail?!? Dzięki! niektóre były takie sobie. Zupa pomidorowa była (dla mnie) do bani. Co ostatnio gotujesz?
Wussup, to pewnie jakiś problem psychologiczny cha cha cha!:) Ja czasami zaglądam na Twoje blogi dwa, ale widzę, że się nie udzielasz. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze.
ostatnio prawie nie gotuję, bo nie mam czasu :( Kolega się deklaruje, że będzie i nawet zaczął – od rosłu co to wszystkie rosoły miał pod sobą.
Ja za to przeszłam ogromną metamorfozę po wizycie u Was, zaczęłam jeść śniadania. Okazało się, że to jedyny “pewny” posiłek w ciągu mojego dnia ;)
Właśnie. Kiedy do mnie napiszesz???
Maszka, ten rosół Kolegi to ja zaliczam do legend (pamiętam opisy blogowe). No właśnie, napisać. Ostatnio jestem zupełnie do bani z komunikowaniem się. Dodaję do przelewającego się szczytu listy zadań.