to znowu on. piosenka rybaka.
Read More
w niedzielę najlepiej namówić go na naleśniki. on smaży, ja wymyślam dodatki. mascarpone, maliny i nektar z agawy (miast cukru, rzecz jasna). mniam.
Read Moreto podobno Katowice i cały czas w głowie, jak w katarynce, obraca się myśl: jak ja tu dawno nie byłam. w środku tygodnia, niczym studenciaki, całą grupą przejeżdżamy między kamienicami. na placu sprzęt jeździecki: uprząż zwisa z wysokich drzwi, na taczce posegmentowane siano. wysiadamy przy następnej ulicy. szukamy miejsca, gdzie można dobrze zjeść. prowadzę kilka osób za dworzec (to miejsce już zupełnie nie przypomina Katowic, poza tym urzędowymi językami są tu angielski i polski), pamiętam o małym korytarzu-uliczce zapchanej restauracyjkami. skaczemy z piętra na piętro, nic, tylko opuszczony blok. kto was tu wpuścił? macie kupon? – pytają nas. wyglądają jak mieszkańcy, starsi, wydają nam się w jakiś sposób nieludzcy i nie mam na myśli ich wrogości. już mamy odejść, kiedy zauważamy dywan rozciągniety na jednej z klatek schodowych. kiedy do niego podbiegamy, ktoś po drugiej stronie korytarza najwyraźniej zaczyna go zwijać, bo dywan szybko znika nam z oczu. zaglądamy w więcej klatek schodowych, kolejny dywan i wnęka, która zamyka się z szybkością, z jaką chcemy jej dopaść. mężczyzna, zapewne jeden z mieszkańców, prycha: i do tego są tu na kupon! udaje nam się przedostać na drugą stronę. korytarz, na którym się znajdujemy wygląda jak wnętrze dworku albo galerii sztuki. drewniane podłogi pokrywa gruby chodnik, pod ścianami ustawione są wyściełane atłasem kanapy. wędrujemy dalej, podłoga zmienia się w jasny parkiet. białe ściany zalewają obrazy. kilku mężczyzn na rowerach pakuje inne obrazy. zostajemy zauważeni i rozpoczyna się pościg. cały budynek wydaje się krzyczeć: i do tego są tu na kupon! gonią nas z ogromnymi plastikowymi workami na śmieci i wiemy, że za chwilę każdy z nas będzie w taki worek schwycony i wyrzucony do świata, z którego przyszliśmy.
Read Moreona, moja klientka, której pomagam wypełnić papiery w sprawie darmowej pomocy prawnej. wygląda na po siedemdziesiątce, choć tak naprawdę urodziła się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. uzależniona od heroiny, Prozacu i kłamliwych opowieści o zgubionym portfelu. siedzimy na jej rozłożonej sofie, a konkretnie na niebieskiej pościeli, upranej dziś po raz pierwszy od roku (“nie była brudna, bo niewiele tu sypiam” – mówi ona. przypominam sobie, że kiedyś dorabiała jako prostytutka, ale my tu wypełniamy formularz i takie dywagacje to na inną historię). ona narzeka, że taki ten papier długi, choć to ja odwalam czytanie i pisanie. podliczamy jej dochody i wydatki. prosta matematyka, jednak w tej chwili pozbawiona istnienia pojęcia równości. zauważam subtelnie, że wedle podanych przez nią sum, stać ją chyba na spłacenie tych kilku długów. ona na to, szczerze zmartwiona: “no. London is getting more and more expensive. I haven’t been buying drugs for weeks now”.
Read More



Przyszła jesień, a z nią zmiana kurtek w szafie i nastroju w kuchni. Szukanie włoskich śliwek zakończyło się fiaskiem, stosowanie amerykańskich jednostek pomiarowych: efektem niespodziewanym. Tak czy siak, smakowało nam, więc ulepszenia czekają powtórkę.
—
śliwki z Agen, kandyzowany imbir, cukier z mąką i przyprawami, no i kruszonka
Recent Comments