stuffed mice

before
Tag "mindfulness"

also today:
- during the morning meeting we’re asked what we feel like and get a chance to share whatever we
we want to talk about. I say: “I think I’m doing OK”. what strikes me afterwards is how mental this statement is. where’s feeling in thinking?
- in the evening, Ken gives us a talk on an introduction to meditation. some sentences worth putting down:
“there is no SHOULD in meditation so don’t think about what you should do”.
“I meditate on my sofa, in the kitchen” – I absolutely buy this. my back is killing me, my lower back muscles are too weak to support me for 40 minutes at a time and tomorrow I might use a chair.
and:
“there is no self. everything is interconnected and, for example, a piece of wood is a piece of wood because of certain conditions that were met. It’s the same with self. there is no self, there is no I“. now go figure. better, now go experience!
-when people discuss mindfulness, I prefer listening. experiencing- yes. talking- no, thanks.
-Mark on the subject of self: “I is an illusion. the world as we see it is an illusion of solids whereas in fact it’s not solid. nothing is permanent. nothing remains”.
-Mark’s views on reincarnation and how Buddhists don’t believe in a soul: something like energy, after one’s death, moves somewhere else within space and various worlds. depending on how one lives their life, their next incarnation is affected by their deeds. Ruth, on the other hand, doesn’t believe in reincarnation but pure coincidence and luck. they discuss poverty and whereas Mark claims that poor people have everything they need at that time in their lives, Ruth, sees just lack of fairness in such a deal.

dzisiaj też:
-podczas porannego spotkania, jesteśmy pytani o nasze samopoczucie i mamy okazję podzielić się czymkolwiek, o czym chcemy porozmawiać. ja mówię: “myślę, że mam się OK”. później uderza mnie umysłowość tego stwierdzenia. gdzie czucie w myśleniu?
-wieczorem, Ken opowiada nam o podstawach medytacji. niektóre zdania warte zapisania:
“w medytacji nie ma POWINIENEM, więc nie myślcie o tym, co powinniście robić”.
“ja medytuję na sofie w kuchni” – absolutnie się z tym zgadzam. bolą mnie plecy, mięśnie w ich dolnej części są za słabe na utrzymanie mnie bez przerwy przez 40 minut i jutro być może będę medytować na krześle.
i:
-nie ma własnej osoby. wszystko jest połączone i na przykład kawałek drewna jest kawałkiem drewna ponieważ zostały spełnione pewne warunki. tak samo jest z własną osobą. nie ma własnej osoby, nie ma ja. teraz, weź sobie to wyobraź. lepiej, doświadcz tego!
-kiedy ludzie dyskutują o uważności, wolę słuchać niż mówić. przeżywać – tak. gadać – nie, dzięki.
-Mark na temat własnej osoby: ja jest iluzją. świat, jak go widzimy, jest iluzją ciał stałych, podczas gdy tak naprawdę ciałem stałym nie jest. nic nie jest permanentne, nic nie trwa.
-zapatrywania Marka na temat reinkarnacji i jak Buddyści nie wierzą w istnienie duszy: coś jak energia, po śmierci, przemieszcza się gdzieś w przestrzeni i różnych światach. od tego jak ktoś przeżywa swoje życie zależy kolejna inkarnacja. Ruth nie wierzy w reinkarnację, a czysty przypadek i szczęście. rozmawiają o biedzie i podczas gdy Mark twierdzi, że biedni ludzie mają wszystko, czego potrzebują w określonym czasie, dla Ruth to nic innego jak niesprawiedliwość.

see comments


the bells / dzwonki


the beans / fasola


The Barn / Stodoła

I feel we’re being spoiled here. the silence, the surroundings, the food and opportunities to be with oneself- they’re all in abundance here. and now.

the day starts at 6:20am (the wake up bell is at 6:15am) but I get up earlier as I don’t want to break my still fresh habit of early mornings. get dressed, brush my teeth and off to meditation I go. forty minutes later I put dirty bed linen in the washing machine – a task I chose to do every morning for half an hour is laundry (each person has one, apart from cooking, washing up and ringing the bells which come as extras). this morning is one of the talking ones, tomorrow we start silent mornings in addition to the silent evenings (silence lasts between 9pm and 9am). silence. I would breathe it if I could.

porridge for breakfast- soaked overnight in water with some lemon juice, cooked with water. I take two spoonfuls and move on to the array of additions: home-made soya and diary yogurt, honey, desiccated coconut, almonds, hazelnuts, walnuts, cinnamon, ginseng and more (cooked apples and blackberries come later in the week). now, I don’t like porridge, never did. used to have it for breakfast some time ago as I believed it was good for me. but then my views changed and now I prefer a glass of freshly squeezed juice instead. this porridge is tasty though. picking and mixing nuts is fun. and soya yogurt- wow! so much better than the one I usually buy!

it rains heavily, began in the middle of our first sitting (meditation). it won’t stop but we have a job to do so set out to start it nevertheless. the job is gardening. I, together with Martina, pick runner beans, French beans and sugar snap peas. here I am, in the pouring rain, a yellow raincoat and green wellies on, crouching in the centre of a muddy bed, picking fresh produce, tasting sugar snap peas straight off the vine for the first time in my life. suddenly, I hear some birds and look over my shoulder. a flock of geese flies in three V-formations high in the sky. I call out to Martina to look, we stand up and stare at them together.

after the second sitting, lunch and photo taking I decide to listen to some library CDs. the one recommended by Ruth is about silencing the inner critic. I must feel tired because I nod off soon after hitting the ‘play’ button. the good thing is I wake up pleased and refreshed, not criticizing myself for lack of discipline for listening:)

in the evening, after meditation, teaching and dinner, I take more photos and pick another CD to listen to. during the shower, I try to practice mindfulness. I rub some cream into my face and can’t help smiling. they both feel soft, smell good. and it’s just some silly face cream- what’s next?

czuję, że jesteśmy tutaj rozpieszczani. cisza, otoczenie, jedzenie i okazje do pobycia z samą sobą – wszystko to jest w obfitości tutaj. i teraz.

dzień zaczyna się o 6:20 (dzwonek na pobudkę o 6:15), ale wstaję wcześniej, bo nie chcę rzucić mojego wciąż świeżego nałogu wczesnych poranków. ubieram się, myję zęby i wybywam na medytację. czterdzieści minut później wkładam brudną pościel do pralki- czynność, którą podjęłam się wykonywać przez pół godziny każdego ranka to pranie (każdy coś robi, oprócz gotowania, mycia naczyń i dzwonienia, które są zajęciami bonusowymi). tego poranka rozmawiamy, od jutra zaczynamy poranki w ciszy, jako dodatek do cichych wieczorów (cisza trwa od 21:00 do 9:00). cisza. mogłabym nią oddychać, gdybym tylko potrafiła.

na śniadanie owsianka – moczona poprzedniej nocy w wodzie z sokiem z cytryny, gotowana na wodzie. biorę dwie łychy i ruszam w kierunku szeregu dodatków: domowych jogurtów, miodu, wiórków kokosowych, migdałów, orzechów laskowych, orzechów włoskich, cynamonu, ginseng i innych (gotowane jabłka i jeżyny pojawią się później, w ciągu tygodnia). ustalmy, nie lubię owsianki, nie lubiłam nigdy. kiedyś jadłam ją na śniadanie, bo wierzyłam, w jej dobroczynność. moje poglądy się zmieniły i teraz wolę szklankę świeżo wyciskanego soku. jednak ta owsianka jest smaczna. wybieranie i mieszanie orzechów jest frajdą. a jogurt sojowy – wow! o wiele lepszy od tego, który zwykle kupuję!

mocno pada, zaczęło w środku naszego pierwszego siedzenia (medytacji). nie chce przestać, ale mamy pracę do wykonania, więc wyruszamy ją rozpocząc tak czy siak. pracą jest ogrodnictwo. ja, razem z Martiną, zbieramy fasolę wielokwiatową, fasolę szparagową i groch. oto jestem, w ulewie, ubrana w żółty sztormiak i zielone gumiaki, kucając pośrodku błotnistej grządki, zbierając świeże produkty, pierwszy raz w życiu próbując grochu prosto z krzaka. nagle słyszę jakieś ptactwo i spoglądam przez ramię. wysoko na niebie, w trzech kluczach leci stado gęsi. wołam do Martiny, żeby zobaczyła, wstajemy i gapimy się razem.

po drugim siedzeniu, lunchu i robieniu zdjęć, postanawiam posłuchać jakichś płyt z biblioteki. Ruth poleca tę o uciszaniu wewnętrznego krytyka. muszę być bardzo zmęczona, bo głowa mi opada wkrótce po naciśnięciu guzika play. dobrze, że budzę się zadowolona i wypoczęta, nie krytykując się za brak zdyscyplinowania w słuchaniu:)

wieczorem, po medytacji, nauczaniu i kolacji, robię więcej zdjęć i wybieram inną płytę do posłuchania. pod prysznicem próbuję ćwiczyć uważność. wcieram trochę kremu w skórę twarzy. skóra i krem są miękkie w dotyku i dobrze pachną. nie mogę powstrzymać uśmiechu, a to tylko bzdurny krem do twarzy – co dalej?

see comments

(Buddha outside The Barn / Buddha przed Stodołą)

(surroundings / okolica)

(one of the traditions at The Barn is to pick flowers for the next retreatant who will live in the same room. somebody picked these for me. / jednym ze zwyczajów w Stodole jest zbieranie kwiatów dla kolejnego przyjezdnego, który zamieszka w tym samym pokoju. ktoś zerwał te kwiaty dla mnie).

coming here was one of the best ideas this year. it’s like paying a visit to a friend who’s away, inviting some people over to spend time and meditate with. I open a cupboard and see Barley Cup (my favourite coffee drink), smile and feel at home. fresh mint and chamomile, nettle and raspberry flower. I open the fridge and find soya milk. all produce and products are organic, plenty of cookery books on shelves and others, on meditation, religion, psychology, poetry and so on.
after the first, guided sitting ( meditation), I notice the following:

  • guidance given by Mark (one of the assistants here) is extremely helpful. for example: focus on one point of where you can feel the breath most – upper lip or nostrils. then focus on the whole process – from where it starts (breathe in) and finishes (breathe out). focus on the part where nothing happens, in between breathing. do not think about breathing, feel it. it’s about senses and experience, not a cognitive practice. just let it happen and don’t control it. if it’s short, let it be short, if it’s shallow, let it be shallow.
  • my legs hurt and I can’t keep my back straight. but still, a 40-minute sitting for the first time in my life. not bad. the second half seems shorter than the first one.
  • beautiful surrounding. what an idea for a place like this!

before going to bed, I pick up 3 spiders, catch a moth and put them outside the window. all that in two socks on my hand:)

przyjazd tutaj był jedną z nalepszych decyzji w tym roku. to tak, jakbym wpadła w odwiedziny do kogoś, kto jest na wakacjach i sprosiła trochę ludzi, żebyśmy pobyli razem i pomedytowali. otwieram szafkę i widzę Barley Cup (tutejsza Inka) i czuję się jak u siebie. świeża mięta i rumianek, pokrzywa i kwiat maliny. otwieram lodówkę, a tam mleko sojowe. wszystkie produkty są organiczne, mnóstwo książek kucharskich na półkach i książek z zakresu medytacji, religii, psychologii, poezji i tak dalej.
po pierwszej, prowadzonej sesji medytacji zauważam kilka rzeczy:

  • wskazówki Marka (jeden z tutejszych asystentów) są niezwykle pomocne. na przykład: skoncentruj się na jednym punkcie, w którym najbardziej czujesz każdy oddech- górnej wardze albo nozdrzach. następnie skoncentruj się na całym procesie oddychania, od początku oddechu (wdech), po jego koniec (wydech). skup się na częściach, w których nic się nie dzieje, pomiędzy oddychaniem. nie myśl o oddychaniu, poczuj je. tu chodzi o zmysły i doświadczenie, nie trening poznawczy. nie kontroluj, zwyczajnie pozwól się temu dziać. jeśli oddech jest krótki, pozwól mu być krótkim, jeśli jest płytki, pozwól mu być płytkim.
  • bolą mnie nogi i nie potrafię siedzieć z prostymi plecami, jednak to pierwsza sesja medytacji trwająca 40 minut w moim życiu. nieźle. druga połowa wydaje się trwać krócej niż pierwsza.
  • piękne otoczenie. co za pomysł na miejsce jak to!

przed snem podnoszę 3 pająki, łapię ćmę i wypraszam za okno. wszystko to w dwóch skarpetkach założonych na rękę:)

see comments

I tak, późnym grudniem wróciłam do medytacji. Moje spostrzeżenia po trzech piętnastominutowych sesjach:

sesja pierwsza: pozwalam rozpraszać się dźwiękom. naturalnie sąsiad śpiewa, autobusy jeżdżą wedle rozkładu, a samoloty korzystają z piątego terminala Heathrow. nie potrafię przestać korygować swojej postawy. nie brakuje również bólu łydek spowodowanego siedzeniem w półlotosie.

sesja druga: w porównaniu z poprzednią sesją, zadziwiająco szybko koncentruję się na oddechu. ignoruję wady postawy, choć nadal prostuję plecy i poprawiam ułożenie rąk. duża część sesji mija na “łapaniu oddechu” – nie jestem pewna rytmu wdechów i wydechów (no i jak to jest z tą przerwą pomiędzy nimi?).

sesja trzecia: pierwsza sesja z Karolem. ciagle wybucham śmiechem, więc zaczynamy dwa razy. wcześniej czytam wskazówki i ogólne uwagi dotyczące medytacji, więc w ramach samopopmocy próbuję liczenia w myślach. aha! od razu łatwiej mi idzie koncentracja. postawa nadal do bani. po sesji Karol zdradza, że chwilami myślał o śpiewie i Pythonie, ja o fotografiach i blogu.

see comments

Na pierwszą sesję zazen wybrałam się do świątyni Shunkōin, w Kyoto. Rev.Takafumi Kawakami, tamtejszy japoński duchowy przewodnik z amerykańskim akcentem i niemałym talentem marketingowym, powiedział, co wiedział, oprowadził nas po kompleksie świątyń, po czym usiedliśmy na poduchach w jednym z wysłanych tatami pomieszczeń. W ten ciepły wiosenny dzień, odsunięto okna wychodzące na ciszę ogrodu pełnego rododendronów i zaproszono całą naszą grupę: mnie, Karola i Thomasa (młodego psychiatrę z Austrii, co by nie było wątpliwości, że jak trafić na towarzystwo doborowe, to trafić) do zbiorowej koncentracji na oddechu.
Pierwsze piętnaście minut nie obyło się bez skurczy łydek w pozycji półlotosu, przypomnienia o skrzywieniu kręgosłupa i dzieciństwie bogatym w gimnastykę korekcyjną oraz mentalnego łajania się za brak koncentracji na koncetracji. Otóż klasyczną dolegliwością w takich chwilach, jest nieustanne wiercenie się myśli w głowie. Klasyczną złośliwością natury natomiast, w sali tortur pojawienie się… pszczoły. Insekt bezlitośnie kroił skrzydełkami ciszę i tylko pozostawało zastanowić się, ilu z nas czuło “o, pszczoła, przyleciała, pofruwa i odleci, przeminie jak obłoki na niebie”, a ilu wewnętrznie wykrzykiwało groźby i przekleństwa.
Krótka przerwa i kolejne piętnaście minut. Tym razem łatwiej. Bez pszczoły, czucia w łydkach i dolnych partiach kręgosłupa, za to z przyjemnością wyłączenia się z jakichkolwiek powinności.

Niedawno, podczas pogaduszki z jednym z klientów, kolejny raz wspominałam tamto doświadczenie, polecając i wychwalając pod niebiosa, kiedy ten spytał: “skoro tak bardzo ci się podobało, dlaczego nigdy więcej nie medytowałaś?”

Shunkoin zdjecie
Świątynia Shunkōin zimą, źródło: Shunkōin.com

see comments