stuffed mice

before
Tag "Śląsk"

ksiazki zdjecia

zakupy zdjecia

jak zwykle, książki zamówiliśmy wcześniej. czekały na nas cierpliwie.
niecierpliwie spoglądam na chłopaka w księgarni, kiedy nie może namierzyć “Roku zająca” Arto Paasilinna. to taka opowieść o facecie, który opisuje rok życia po potrąceniu zająca- tłumaczę mu, kiedy nie mogę sobie przypomnieć nazwiska autora, a w bazie danych pojawiają się same bajki o królikach. swoją drogą, znacie to uczucie, kiedy rozmiar i pustka sklepu, i wyczekujący wzrok sprzedawcy sprawiają, że kupienie czegoś to sprawa życia lub śmierci? że tu n i e  m o ż n a tak po poprostu pooglądać, więc już lepiej udawać, że przyszło się w jakimś, jakimkolwiek celu? myślę, że w takich chwilach, w księgarniach, najlepiej byłoby pytać o fińskiego Paasilinna, kiedy chłopak pyta o angielski tytuł, wklepuje te kilka słów i ciągle nic. zdesperowany, prosi o pomoc koleżankę. “The Year of the Hare“- powtarzam i posłusznie literuję ostatnie słowo. bingo! kolega wpisał “The Year of the Her“. po latach doganiają mnie wagary z fonetyki…
(“Księga niepokoju” z polecenia Off. Dziękuję, Off!)
czekając na Michała, wśród dziesiątek banków i salonów telefonii, do których nie mam powodu zaglądać, ratuję się antykwariatem i spożywczym.
(Pamuk polecany przez klientkę z Turcji, Zorba przez szefa z Cypru, herbata i kawa bez poleceń:).

comment

to podobno Katowice i cały czas w głowie, jak w katarynce, obraca się myśl: jak ja tu dawno nie byłam. w środku tygodnia, niczym studenciaki, całą grupą przejeżdżamy między kamienicami. na placu sprzęt jeździecki: uprząż zwisa z wysokich drzwi, na taczce posegmentowane siano. wysiadamy przy następnej ulicy. szukamy miejsca, gdzie można dobrze zjeść. prowadzę kilka osób za dworzec (to miejsce już zupełnie nie przypomina Katowic, poza tym urzędowymi językami są tu angielski i polski), pamiętam o małym korytarzu-uliczce zapchanej restauracyjkami. skaczemy z piętra na piętro, nic, tylko opuszczony blok. kto was tu wpuścił? macie kupon? – pytają nas. wyglądają jak mieszkańcy, starsi, wydają nam się w jakiś sposób nieludzcy i nie mam na myśli ich wrogości. już mamy odejść, kiedy zauważamy dywan rozciągniety na jednej z klatek schodowych. kiedy do niego podbiegamy, ktoś po drugiej stronie korytarza najwyraźniej zaczyna go zwijać, bo dywan szybko znika nam z oczu. zaglądamy w więcej klatek schodowych, kolejny dywan i wnęka, która zamyka się z szybkością, z jaką chcemy jej dopaść. mężczyzna, zapewne jeden z mieszkańców, prycha: i do tego są tu na kupon! udaje nam się przedostać na drugą stronę. korytarz, na którym się znajdujemy wygląda jak wnętrze dworku albo galerii sztuki. drewniane podłogi pokrywa gruby chodnik, pod ścianami ustawione są wyściełane atłasem kanapy. wędrujemy dalej, podłoga zmienia się w jasny parkiet. białe ściany zalewają obrazy. kilku mężczyzn na rowerach pakuje inne obrazy. zostajemy zauważeni i rozpoczyna się pościg. cały budynek wydaje się krzyczeć: i do tego są tu na kupon! gonią nas z ogromnymi plastikowymi workami na śmieci i wiemy, że za chwilę każdy z nas będzie w taki worek schwycony i wyrzucony do świata, z którego przyszliśmy.

comment