I tak, późnym grudniem wróciłam do medytacji. Moje spostrzeżenia po trzech piętnastominutowych sesjach:
sesja pierwsza: pozwalam rozpraszać się dźwiękom. naturalnie sąsiad śpiewa, autobusy jeżdżą wedle rozkładu, a samoloty korzystają z piątego terminala Heathrow. nie potrafię przestać korygować swojej postawy. nie brakuje również bólu łydek spowodowanego siedzeniem w półlotosie.
sesja druga: w porównaniu z poprzednią sesją, zadziwiająco szybko koncentruję się na oddechu. ignoruję wady postawy, choć nadal prostuję plecy i poprawiam ułożenie rąk. duża część sesji mija na “łapaniu oddechu” – nie jestem pewna rytmu wdechów i wydechów (no i jak to jest z tą przerwą pomiędzy nimi?).
sesja trzecia: pierwsza sesja z Karolem. ciagle wybucham śmiechem, więc zaczynamy dwa razy. wcześniej czytam wskazówki i ogólne uwagi dotyczące medytacji, więc w ramach samopopmocy próbuję liczenia w myślach. aha! od razu łatwiej mi idzie koncentracja. postawa nadal do bani. po sesji Karol zdradza, że chwilami myślał o śpiewie i Pythonie, ja o fotografiach i blogu.
comment
things you said